Rozważania o tym, co jest (fragment książki “Wprowadzenie do antropognozy”)

Dwie nauki

Tyle mówi się na temat materii choć nadal nie wiadomo czym ona jest. Naukowcy dochodzą do istnienia poszczególnych cząstek elementarnych za pomocą skomplikowanych obliczeń, nie wszystko co istnieje są w stanie dostrzec, zmierzyć empirycznie. Stosują zatem dedukcję.

Nauka w tym momencie się łamie. Dlaczego? Jako że jej przedmiot wykracza poza jej zdolności rejestracyjne. Fluktuacje kwantowe są szczególnym dowodem na to, że naukowcy załamują ręce. Nie wiadomo z jakich racji odbywają się one tak a nie inaczej, elektrony wędrują jakby „po swojemu”. Nie da się wyjaśnić istoty materii, dlatego nie da się obalić tez np. psychotroniki (czy też laja-jogi) o istnieniu form wielkością zbliżonych do ciał fizycznych, ale złożonych z subtelnej materii, która jest według teozofów 49 razy mniejsza niż fizyczna.
Byty te to również tzw. ciała subtelne, czyli elementy naszej własnej osobowości. Przez to, że je posiadamy, możemy percypować świat subtelny. Jest to całą tajemnicą jasnowidzów, wróżek, egzorcystów, uzdrowicieli; korzystają oni z tych powłok i dokonują przez nie pewnych aktów np. przekazywania uzdrawiającej energii.

Nauka napotkała ścianę w materii. Aparatura nie jest w stanie pokazać nam wszystkiego, z czym mamy do czynienia. Świat wcale nie stał się dzięki fizyce kwantowej bardziej zrozumiały, wręcz przeciwnie: jest teraz bardziej niepojęty. Demokryt mógł się zadowolić atomami, atomami zaspokoili się dziewiętnastowieczni empirycy angielscy po powstaniu teorii Daltona. Ale dzisiaj atom to za mało powiedziane. Proton, elektron i neutron stawiają kolejne problemy.

Elektron, neutrino elektronowe, kwark dolny i górny, mion, neutrino mionowe, kwark dziwny (s) i kwark powabny (c), taon, neutrino taonowe, kwark denny (b) i kwark szczytowy (t) są pojęciami występującymi w tzw. „Modelu Standardowym”. Im więcej wiemy, tym więcej nie wiemy mówiąc paradoksalnie, tzn. tym bardziej świadomi się stajemy ograniczeń naszej czysto zewnętrznej wiedzy, czemu dowód daje np. „zasada nieoznaczoności Heisenberga” (nie można wyznaczyć jednocześnie położenia i pędu cząstki).

Pytając po wolterowsku: czy istnienie ciał fizycznych zbudowanych z materii fizycznej jest mniej dziwne niż istnienie ciał subtelnych zbudowanych z materii subtelnej? Obok siebie mogą przecież istnieć atomy lub cząsteczki i atomy lub cząsteczki 49 razy mniejsze, by przenikać się wzajemnie (tak jak „duch”, tzn. ciało astralne może przechodzić przez fizyczne ściany) bez zmiany struktury w jednym czy w drugim (między atomami występuje przestrzeń a one same reagują w oparciu o siły grawitacyjne).

Kultura Dalekiego Wschodu, w tym Indie od wieków głosi o istnieniu energii subtelnej, którą nazywa się w Chinach „qi” (czi), w Japonii „ki”, w Indiach „prana”, w Tybecie „lung”; według Tatarkiewicza Demokryt mógł podróżować do Indii, teoria atomów w Indiach istniała równolegle do greckiej. Z energii tej złożona jest część naszego ciała, tzw. prana-maja-kosza (osłona zbudowana z energii). Istnieją setki, może tysiące praktyk (wiele znam osobiście i od lat stosuję) polegające na pracy z energią w ciele, wizualizacji energii, jest punktów skupienia w ciele (tzw. czakr) – otwierania tych punktów, uzdrawiania, rozwijania w nich doświadczenia mentalnego itd. Istnieje cała dynamiczna nauka, systematyczna, spójna, indukcyjna służąca pracy z energią życiową i staje się ona coraz częściej przedmiotem badań niektórych kręgów naukowych, zwłaszcza psychotroników (już kilkadziesiąt lat temu psychotronikę nobilitowano).

Wyniki badań fizyki kwantowej nie przeczą tym systemom, a nawet potwierdzają ich przesłanki, że istnieje wymiar energetyczny i że pewne elementy promieniowania ciała ludzkiego przenikają przedmioty fizyczne (np. neutrino).

Różnica, jaka zachodzi pomiędzy nauką psychotroniczną a naukami akademickimi jest taka, iż do badań włącza się człowieka i jego naturalne zdolności. Nauki przyrodnicze, akademickie próbują człowieka wyrugować, redukując jego zakres zmysłowości do najbardziej prymitywnego poziomu percepcji; stosują w tym momencie założenie, popełniają błąd metodologiczny, opierają się na konwencji (umowie) a nie wiedzy (gnosis).

Część ludzi po prostu umówiła się, że zajmą się wyłącznie badaniem rzeczywistości poprzez fizyczne, utworzone przedmioty ponieważ osobowość ludzka jest zbyt słaba na to, aby służyć za narzędzie naukowe.

Wyniki badań tych ludzi okazują się skuteczne w dziedzinie, którą się zajmują, spowodowały powstanie wielu wynalazków, poprawiły luksus życia (ale i dały narzędzia siania wielkiej śmierci), stały się istotnie ważne i obecnie nie można się bez nich obejść.

Po jakimś czasie, jako że ludzie zaczęli dostrzegać ich ważność i stali się od nich uzależnieni, zaczęto mieć wrażenie że w obliczu nieskuteczności modlitw, rytuałów, przypadkowości duchowej kultury, religii i tego co z nią pojęciowo (syntaktycznie) związane w języku nauka okazuje się kryterium prawdziwości twierdzeń o świecie. Dowodziła to jej praktyczność i rzeczywista władza, jaką daje ona nad życiem oraz powtarzalność i komunikowalność jej wyników.

Na Wschodzie jednakże funkcjonuje w tym samym czasie inna nauka, którą ogólnie można nazwać jogą, i która dotarła z obszaru Indii do wielu innych krajów. Metoda była odwrotna: wychodzono od jaźni, badano ciało i stosowano ciało jak narzędzie poznawania realności. Zaczęto mówić na jej gruncie o czakrach, energii subtelnej, ciałach subtelnych, kanałach energii (nadis), rozwoju percepcji, zdolnościach paranormalnych, postrzeganiu życia po śmierci (eksploatacji świata subtelnego), reinkarnacji jako o efektach praktyk medytacyjnych.

Mamy zatem dwa ośrodki naukowe: wschodni i zachodni. Oba te ośrodki stosowały tę samą metodę: indukcję. Oba zajmowały się doświadczeniem. W czym istnieje problem?

Ludzie zachodni wychowali się w nauce zachodniej i z oporem a może w ogóle nie zapoznają się ze wschodnią. Wielu woli wydawać sądy na temat nauki wschodniej z gruntu swojej własnej naukowości.

Nie istnieje jednakże taki moment w teorii nauki zachodniej, który mógłby podważyć podstawy nauki wschodniej. W ogóle nauka zachodnia nie może się wypowiadać na temat nauki wschodniej, jest to zupełnie inna sfera przedmiotów formalnych.

Dziś coraz częściej widzimy fuzję obu tych nauk: zachodniej i wschodniej. Nauka nie jest wytworem jednego wieczoru, powstawała wieki, tak na Wschodzie jak i na Zachodzie. Spotkanie Wschodu z Zachodem na poziomie nauki jest czymś egzystencjalnie wielkim.
Naturoterapia

Jestem dyplomowanym naturoterapeutą-psychotronikiem, od dzieciństwa interesują mnie metody regeneracji zdrowia, zwłaszcza z użyciem energii witalnej. Nauka akademicka bardzo mocno ciąży na poglądach dotyczących zdrowia. Zwalcza się nierzadko inne metody, co po części jest słuszne: stanowiska „szamańskie”, „ezoteryczne” bywają bardzo pomieszane, takimi terapiami zajmują się nierzadko szaleńcy. Podobnie z wieloma wróżkami, tarocistkami itd.

Nie wylewajmy jednakże dziecka z kąpielą; nie siejmy dogmatyzmu próbując usunąć wszystko. Nie wszystko nawet – obecnie – da się zlikwidować. Bioenergoterapia jest zawodem, wykonujący tę sztukę odpowiadają prawnie, podobnie z innymi naturoterapeutami. Istnieją dyplomy, certyfikaty państwowe.

Większość z tego, co można nazwać „naturoterapią” jest zwyczajną medycyną orientalną. Na Wschodzie metody te znane są i stosowane od lat, można je nazwać naukowymi tą samą mocą, jaką mówimy tak o metodach medycyny akademickiej.

Charakter nauki wschodniej jest inny, ta nauka nie potrzebuje laboratoriów i tego rodzaju zorganizowanych badań. Przechowywali ją np. mnisi chińscy w Shaolin, lamowie tybetańscy, „ośrodkami akademickimi” był rozliczne buddyjskie, taoistyczne, hinduistyczne klasztory.

Wiedza wschodnia jest systematyczna z racji tego, że posługuje się indukcją, posiada szereg nazw, które znajdują swoje odzwierciedlenie w desygnatach danych w doświadczeniu. Co innego „nawiedzone” metody spirytualistów zachodnich, hochsztaplerów, „fałszywych proroków”. Lama Tenzin Wangyal Rinpocze bardzo krytycznie wyraża się o całym ruchu „New Age”; ruch ten choć powołuje się na nauki wschodnie nie jest z nimi pokrewny. Nauki wschodnie cechują się tym, co właściwe dla nauki zachodniej: empiryzmem (rozszerzonym o zmysły w ciałach subtelnych), indukcyjnością, kontrolowalnością eksperymentu i samym eksperymentalizmem.

To, iż nauka ta połączona jest z filozofią nie zmienia jej właściwości i terapeutycznego, a niekiedy nawet ścisłego charakteru (gdy chodzi np. o opis matematyczny czy fizyczny właściwości czakr). Istnieje zresztą ryzyko, iż metody wschodnie oderwie się od filozofii – zauważyli to np. jogini – i staną się np. sposobami rozwoju tzw. siddhi (zdolności paranormalnych) zamiast rozwijania mądrości.

Gdybyśmy przyjrzeli się wiedzy mnichów Shaolin (którym osobiście się interesuję) to otrzymalibyśmy niezwykle precyzyjnie opracowany system bioenergoterapii, kompletny, empiryczny, weryfikowalny. Na Zachodzie bioenergoterapia brzmi dość nowo, mnichów Shaolin kojarzymy z filmami sztuk walki, podczas gdy klasztor Shaolin to jeden z największych ośrodków psychotronicznych na świecie. Pijemy chińską herbatę, dlaczego nie mielibyśmy korzystać z chińskiej wiedzy?

Tenzin Wangyal Rinpocze nazwał bon „ludzką wiedzą” i wyznał, iż można go stosować poza filozofią, religią, czyli wiarą. Prowadzi swoich uczniów drogą indukcji jak powiedział, a indukcja oznacza tu oparcie na doświadczeniu, obserwację i wyciąganie wniosków z percepcji.

To, o czym głosi nauka wschodnia da się zbadać, ale potrzeba się za to zabrać. Na gruncie antropognozy może okazać się to bardzo pozytywne dla wielu, chociażby w kwestii zdrowia. Pobyt w szpitalu, leczenie z użyciem metod medycyny konwencjonalnej (przypominam: konwencja to umowa a nie prawda; umowy mogą być błędne i takimi często bywają!) wiąże się z dużym nakładem finansowym oraz doświadczeniem bólu.

Poza tym – o czym wspominał Platon – prawdziwa medycyna leczy i duszę, i ciało. Naturoterapia, medycyna psychotroniczna czy też medycyna psioniczna podchodzą do człowieka nie jako do zespołu organów, ale jako do pewnego compositum (nie wchodzimy tu w ontologię, co najwyżej w fenomenologię) złożonego z duszy i z ciała; oba człony oddziałują na siebie wzajemnie za pośrednictwem energii (lub bioenergii), Qi.

Niezwykle istotne dla zdrowia jest właśnie medytowanie, czyli zgłębianie prawdy egzystencjalnej. Właściwie można powiedzieć – tu jogini będą zgodni – iż brak poznania siebie stanowi źródło wszystkich tzw. „problemów” bytowych lub samej kategorii doświadczenia, jaką jest „problem”.

Sytuację można porównać do tej, gdy na stole rozrzucimy szpilki; można potraktować je ręcznie, każdą kolejną chwytając dłonią albo przyjść z magnesem i zebrać wszystkie razem. Podobnie pod pojęciem „problemów” kryje się jeden problem, tym problemem jest nasza własna tożsamość, nasza własna jaźń. Gdy skupiamy się na rozwiązaniu tego problemu działamy magnesem na szpilki: całe nasze życie doświadcza naturalnego, kosmicznego ładu.

Co do bioenergoterapii (medycyny psionicznej, energetycznej lub psychotronicznej – choć to ostatnie pojęcie jest zbyt szerokie) to w Shaolin mnisi uzdrawiają emitując energię Qi z czakr dłoni. Oto klasyczny sposób jej emisji w celach przywracania zdrowia. Dla ludzi zachodnich, nie rozwiniętych przez praktyki medytacyjne w percepcji ciał subtelnych będzie to egzotyczne i niewiarygodne; dla mnichów którzy też są ludźmi i chorują – fakt iż stosują Qi od wieków suponuje że musi ono działać – jest to kwestią życia i zdrowia, dobrej kondycji.

Antropognoza nie przynosi odpowiedzi, ale pytania. W tym rozdziale wskazuję tylko na pewne rzeczy ale ich nie tłumaczę. Temat naturoterapii ma istotny związek z prawdą egzystencjalną, ale nie propaguję tu żadnego stanowiska. Mogę robić to w innych pracach, poświęconych innym przedmiotom.

Pragnę – podobnie jak Platon dla swoich „Dialogów” – by antropognoza pozostawała ciągle „czysta”, czyli by wychodziła od Trzech Pytań Egzystencjalnych a nie od wniosków.
Logika i edukacja

Czym skórka za młodu nasiąknie tym na starość trąci – głosi przysłowie. Wykształcenie na Zachodzie wiąże się niekiedy z umacnianiem pewnych konceptów i kompleksów, lub kompleksów konceptualnych. Nauka dostarcza nam przesłanek a my wnioskujemy. Nie każdy z nas jednakże jest logikiem lub przeszedł logiczny trening.

Brak logiki w szkołach podstawowych jest absolutnym nieporozumieniem. W ogóle jej wątła obecność na uczelniach to przyczyna bardzo wielu przykrych konsekwencji. Logika to sama struktura nauki, to jej metodologia, jej prawa, zasady. Jest duchem nauki, kręgosłupem, konstrukcją, rusztowaniem, szkieletem.

Jako że nie wszyscy jesteśmy wykształceni logiczne wnioskujemy w sposób nieprawidłowy. Oto przykład: anatomia głosi, że ciało składa się z organów, psychologia zaś głosi, że w człowieku istnieje dziedzina ja. Możemy stąd wnioskować, iż „ja składa się z organów” (jestem np. swoim sercem, mózgiem albo narządami płciowymi). Jest to jednak błąd metajęzykowy: pierwsza przesłanka wystąpiła w języku anatomii, druga w języku psychologii, są to dwa różne języki i nie można dokonywać wnioskowania na poziomie dwóch różnych języków – głosi logika; ale o tym nie wiemy i tak właśnie wnioskujemy.

Czy nie jest tak, iż „filozofujemy sobie” albo „logikujemy sobie” we własnym zakresie? Można powiedzieć: na własną odpowiedzialność? Róbmy to jednak dobrze…

Nauka taka – pozbawiona podstaw w logice – niezwykle szkodzi. To tak jakby dać komuś niedoświadczonemu prowadzić samochód lub rzucać kogoś nie umiejącego pływać na głęboką wodę. Nic dziwnego że zaczyna tonąć. Dziś ludzie toną w koncepcjach naukowych, tracą poczucie sensu życia. Odrzucają Pytania Egzystencjalne, stają się pesymistami, zamykają się, cierpią opory przez nowymi rzeczami; wszystko dlatego, że byli i są miernymi logikami, że logikując po swojemu wnioskują brednie.
Atomy i próżnia

Pomyślmy na chwilę o poziomie wiedzy akademickiej o człowieku. W człowieku nauka wyróżnia ciało i sferę psychiczną. Niektórzy sferę psychiczną redukują do ciała widząc w psychice tylko zorganizowaną „właściwość materii”. Inni odróżniają ciało od psychiki, duszy (termin ten nie powinien bo nie musi kojarzyć się z religią); dusza i ciało to coś odrębnego, człowiek jest duszą, ciało to tylko jego powłoka.

Takie padają twierdzenia na gruncie jogi, zen, taoizmu, bonu i innych filozofii wschodnich.

Nauka nic wyjaśnia nam naszej istoty, istoty człowieka. Mamy tylko pewne zjawiska: zjawisko ciała materialnego (zjawisko bo czym jest materia też naukowcy nie wiedzą) i zjawiska psychiczne (na gruncie nauki nie można ich zidentyfikować z ciałem a tylko odnotować jako fenomeny). W zasadzie nic szczególnego nie wiemy. Wiemy jeszcze że pomiędzy psychiką a ciałem zachodzą jakieś reakcje, że jedno wpływa na drugie.

Oto szczyt naszej wiedzy o egzystencji, oto nasza „prawda egzytstencjalna” na poziomie nauk akademickich. Co możemy zrobić z tymi informacjami? Jak odnieść je do problemu śmierci? Narodzin? Potrzeby w ogóle posiadania oficjalnej tożsamości? Tego naukowcy nie wiedzą.

A jednak z wielką zapalczywością niektórzy zwalczają np. jogę, teorię ciał subtelnych, psychotronikę, psionikę; pojęcia czakr, aury, energii życiowych, wielowiekowy dorobek naukowy ludzi Orientu. Na jakich przesłankach stoją ci „awanturnicy”? Jeżeli czegoś sami nie wymyślili to na żadnych.

Samo opisywanie zjawisk nie jest jeszcze wiedzą istotną, nazwałem to informacją. Opis, teoria to informacja, wiedza jest byciem, prawda jest bytem. Dlatego filozofia to sposób bycia a nie wyłącznie aktywność teoretyczna. Dlaczego tak twierdzę? Ponieważ nie ma innego wyjścia: umieramy i ani dzięki nauce, ani dzięki teoretycznej filozofii nie wiemy dokąd odejdziemy.

Co to zatem za gnosis? Nie o taką wiedzę chodzi w antropognozie. A o jaką? O wiedzę inną, radykalnie różną, niepodobną do opisów, teorii, koncepcji. O taką wiedzę, która pojawia się gdy ptasie odchody spadną nam na głowę – o wiedzę egzystencjalną. O taką wiedzę, którą zdobywamy podczas współżycia seksualnego, śmiejąc się, ucztując, dotykając gorącego żelazka.

Jest to wiedza o charakterze egzystencjalnym, wiedza jasna jak słońce, wiedza od której się wychodzi a nie do której dochodzi (i od której odchodzenie jest schizofrenią, szaleństwem). Gdy mówię o osiąganiu wiedzy egzystencjalnej mam na myśli zgłębianie tej wiedzy i prawdy, które już posiadamy; stąd nasza odpowiedzialność egzystencjalna, nie jesteśmy „tabla rasa” i nie istnieje autorytet, któremu musimy zaufać; my wszystko co potrzebne – czyli prawdę jako starter – już dobrze znamy; pytanie: jak teraz będziemy żyć: antropognostycznie czy w hedonizmie i ignorancji?

Nie szukanie prawdy jako takiej, po co szukać czegoś co już mamy? Gdybyśmy nie mieli nie moglibyśmy nawet rozpoczynać poszukiwań, myślenia. Skąd wiedzielibyśmy że jakiekolwiek poszukiwania są w ogóle możliwe? Skąd pojawiłby się taki pomysł skoro nic w naszym doświadczeniu i myśleniu nie było by prawdziwe?

Stan zaburzeń poczucia rzeczywistości nazywa się schizofrenią i jej tu nie jest polecany.

Zarazem musimy wyraźnie zadrwić ze wszystkich „twardogłowych”, którzy próbują zakuć nas w dyby nauki akademickiej w niej widząc bramy do prawdy. Nauka akademicka jak dotąd nie przyniosła nawet najmniejszej informacji o losie człowieka po śmierci, ani najmniejszej informacji na temat losów człowieka przed narodzinami. Nie przyniosła najmniejszej informacji o naturze ludzkiej istoty. Na jej gruncie nie istnieje najmniejsza choćby przesłanka byśmy mogli coś w kierunku Trzech Pytań, zagadnień egzystencjalnych w ogóle zrobić.

Demokryt twierdził, że istnieją atomy i próżnia. A my? My nie istniejemy? Dla schizoidalnych naukowców akademickich… nie! Tak jak nie ma miejsca dla nas w rzeczywistości, tak i nie ma jej w nauce. Jogini włączając do badań człowieka są w błędzie.

I pojawia się główne pytania filozofii greckiej: dlaczego? DIA TI?

Rozmowy samoświadomych atomów

Jestem sobie wesoły, samoświadomy, gadający atom. Jestem ludzką istotą, ludzkim sednem. Kocham, nienawidzę, myję się, ubieram, czeszę, chodzę na randki… tak jak robią inne atomy, kolokwialnie. Występuję gdzieś w sercu, albo w mózgu, naukowcy nie są zgodni gdzie może istnieć atom odpowiedzialny za wszystkie czynności psychiczne. Bo przecież musi, w końcu akty człowieka należą do jednej osoby. Tak mówią w sądzie. Mowa o moralności. My, atomy, mamy moralność, dziwne, ale tak, mamy. Oddziałuję na całe ciało, naukowcy nie powiedzieli w jaki sposób. Wracając do rozważań na temat mojego topos w ciele to przecież komórki mózgowe nie wymieniają się jak inne (pozostałe – wszystkie – według jednych źródeł zastępowane są przez nowe co siedem miesięcy, według innych przez siedem lat). Mieszkam sobie zatem gdzieś pod czaszką, w jakiejś suopermegakomórce, będącej centrum dowodzenia dla całego ciała, może jest to przysadka, może szyszynka? To pewnie gdzieś tam. A tak na co dzień… Lubię sztukę, poezję, pisanie sprawia mi bardzo wielką frajdę. Ty, wiesz, niedługo się żenię! Dużo czytam, dużo też piszę. Ćwiczę jogę. To życie jest takie pasjonujące! Uprawiam kung-fu, mam rodzinę, dziecko, nie – dwoje dzieci. Przeżywają ostatnio problemy w szkole. Jedno z nich jest ciężko chore. Nie wystarcza nam pieniędzy (ale co tam, jest tylko atomem!). Czasami nie mamy na chleb. Ja jestem z kolei bardzo wesołym atomem, lubię żarty, pracuję jako komik. Rozśmieszam inne atomy, by zapomniały o swoich problemach. Ja z kolei spełniam wśród atomów funkcję lekarza. Gdy inne atomy mają się źle, kiedy ich ciała chorują pomagam im wrócić do zdrowia. Ja zaś jestem sprzątaczką, myję szyby w sklepie. Ja sprzedaję buty. A ja jestem księdzem. A ja…? Kim jestem? (Kończy rozmowy samoświadomych atomów atom praktykujący zen)

Zagadka:

Ktoś ważący 70 kg. powiedział ”ja”. Który z 7.000.000.000.000.000.000.000.000.000 atomów jego ciała wpadł na ten głupi pomysł by zabrać głos?
Dusza w kundalini-jodze

Kundalini-joga jest metodą indyjską, która polega na wznoszeniu energii życiowej z czakry podstawy kręgosłupa ku czakrze koronnej poprzez szereg innych czakr, biegnących wzdłuż kręgosłupa.

Miałem przyjemność pracować z medytacją kundalini, która zwie się „Sapta Chakra Dhyana” (Medytacja Siedmiu Czakr).

Dzięki tej praktyce zdobyłem pewne bardzo intrygujące mnie doświadczenie. Przy wznoszeniu energii do czakry serca zobaczyłem coś niecodziennego.

Czakry oczywiście widzi każdy, kto z nimi trochę popracuje. Ale tym razem ujawniło mi się coś innego niż czakra. Widząc to zreflektowałem, że jest to dusza. Przyszły mi na myśl różne skojarzenia.

Najpierw zobaczyłem coś świetlistego. Miało to inteligencję. Kształt jakby sfery, kuli. W samym centrum było życie osobowe. Nad tym znajdowało się coś w rodzaju „naleciałości”. Nazwałem to „ego”. Ego nie było tym czymś, to jakby „brud”, coś przypadłego.

To coś – jak to odczuwałem – nie było „czysto formalne”, to było „swoją formą i materią”. Nie posiadało części, było sobą, nie składało się z niczego prócz siebie.

Na myśl przyszły mi gwiazdy. To jak mała, inteligentna gwiazda w czakrze serca. Myśląca, żywa istota. Osoba. Słowo to odpowiada chyba najbardziej.

To było realne, miało swoją rozciągłość, czyli zajmowało miejsce w przestrzeni. Wrażenie odpowiada temu, jakie przedstawia kosmiczny bohater z polskiego filmu „Wow” z Mateuszem Damięckim.

Byt osobowy w swojej pełni. Zidentyfikowałem to z duszą.

Poznając różne opisy duszy z „Encyklopedii jogi” Feuersteina stwierdziłem, że to, co widziałem odpowiada temu, co tradycja jogiczna nazywa „purusza” (osoba, dusza).

Nie chcę w tym momencie nikogo do niczego przekonywać. Moje spotkania z duszą są ewidentnym elementem w trakcie praktyk tybetańskiej jogi. Pragnę jedynie – jak to mam w zwyczaju – obalić przesąd, że duszy nie można zobaczyć za pomocą popperowskiej falsyfikowalności.

Ale nie wprowadzam żadnej tezy, przytaczam Trzy Pytania Egzystencjalne. Może nie widziałem duszy, a może ją rozpoznałem? Nie jest dla antropognozy ważne czy mam w tym momencie rację.

Doświadczenia jogiczne pozwalają się powtarzać, podobnie jak eksperymenty fizyków. Nic nie stoi na przeszkodzie by przyswoić metody nauki wschodniej. Potrzeba jednakże do tego celu odważnych ochotników.
Panowanie nad materią

Na świecie pojawiło się wielu królów, cesarzy. Człowiek bez względu na to czy spełnia jakąś funkcję społeczną czy nie skazany jest na panowanie. Musi panować przynajmniej nad sobą: nad swoimi uczuciami, myślami, reakcjami. Z chwilą, gdy przestaje to robić, bierze nad nim górę jego „zwierzęca natura”.

Nie potrzeba na tę tezę dowodów. Każdy z nas doświadczył sytuacji, gdy tracił nad sobą kontrolę.

W tybetańskim bonie przykłada się olbrzymią wagę do panowania, kontrolowania. Panowanie nad swoim życiem jest możliwe – powiedział lama Tenzin Wangyal Rinpocze – ale wymaga chęci. Człowiek musi zapragnąć władzy nad sobą i swoją egzystencją.

Dziwne nam się wydaje, że możemy być panami swojego losu. Nasze zachodnie religie i mistyki ukazują nas raczej jako istoty dość mizerne, które we wszystkim co wzniosłe mają obowiązek polegać na Bogu, Jezusie, Maryi albo jeszcze innych „wielkich świętych”.

Bez „darów ducha świętego” nie istnieją zdolności paranormalne. Człowiek to mięso i ewentualnie uwikłana w nie „malutka dusza”. Dusza ta może co najwyżej poruszać ciałem, myśleć i marzyć. Nic więcej nie jest w stanie zrobić odnośnie panowania.

Człowiek w takim wydaniu okazuje się niezwykle słaby. Oczywiście jest to pewna koncepcja, którą ugruntowują afirmacje.

Taki „zachodni” człowiek jest przede wszystkim człowiekiem światowym. Przestrzeń jego życia to zewnętrzność. Dalajlama głosi, że powinniśmy więcej działać wewnątrz niż na zewnątrz – taka jest nauka tybetańska. Ale ludzie zachodni działają w większości na zewnątrz, wewnątrz prawie że wcale.

Bo co tu robić można w środku siebie? Myśleć, marzyć i tyle.

A ciała subtelne? A czakry? Na Zachodzie tego nie znamy. To nie zwalnia nas jednak od odpowiedzialności za siebie. Nie znamy bo może nie interesowało nas dostatecznie nasze życie wewnętrzne? „Wtręty subiektywne” były i są nadal przez naukę usuwane jako nie niosące żadnego poznania, jako zaciemniające naszą poznawczą przestrzeń.

Według nauk wschodnich są to jednak zjawiska naszych ciał subtelnych, których poznawanie prowadzi – jak nić Ariadny Tezeusza w micie o labiryncie Minotaura – do ich rozpoznania. Gdybyśmy szczerze, bez założeń, bez restrykcji, bez cenzury obserwowali to, co się pojawia w naszym umyśle odkrylibyśmy – zdaniem joginów i tybetańskich, i indyjskich – tzw. „świat astralny”.

Panowanie… Król musiał uświadamiać sobie wszystko, co dzieje się w jego królestwie, od jego wiedzy zależała jego władza. Podobnie i w bycie ludzkim od wiedzy na temat wszystkiego, co się w nas wydarza zależą moce naszego wpływu, nasze rządy nad sobą.

Takie wnioskowanie pochodzi z indukcji i zgodzi się z nim chyba każdy psycholog czy psychoterapeuta. Jeżeli chcemy panować nad sobą musimy zgłębić siebie takimi, jakimi jesteśmy, bez przebierania.

Obserwacja tego, co się w nas pojawia bez osądzania nie jest na Zachodzie modną rzeczą, choć w medytacjach Dalekiego Wschodu praktykuje się to podejście do rzeczywistości wewnętrznej. U nas gdy pojawia się coś „niecnego” nazywamy to grzechem i tłumimy. Mroczne zjawiska nazywamy „złem” i spychamy je do „podświadomości”. Wprowadzając pojęcia naukowe robimy inne jeszcze rzeczy. Myśli są dla nas po prostu myślami, nadajemy im wartość zgodną z przyjętą konwencją. Nie widzimy w nich „faktów egzystencjalnych”, jedynie strumienie marzeń, wizji, projekcji. Skoro naukowcy mówią, że myśli są urojeniami, są tylko zjawiskami psychicznymi to my tak je traktujemy.

I dlatego nie rozpoznajemy ciał subtelnych.

Nauka bywa bardzo pożyteczna, ale nie zdajemy sobie często sprawy z charakteru samej nauki. Nauka opisuje zjawiska. Gdy widzimy coś w naszym umyśle (to może być dowolna myśl, badanie dowolnej myśli jest w jodze podróżą ku ciałom subtelnym i prawdzie egzystencji) nie zgłębiamy tego, nadajemy większą wartość światu zewnętrznemu niż wewnętrznemu.

Jak wspomniałem kierujemy się dogmatem, nawykiem, konwencją, zapożyczonym podejściem. Takie stanowisko odnośnie do zjawisk świadomości, procesów psychicznych (my tak je nazywamy, są to według jogi indyjskiej i tybetańskiej procesy organiczne równie istotne jak fizjologiczne!) niezwykle zubaża nasze życie, czyni z niego egzystencję niekompletną, wybrakowaną, ostatecznie nieszczęśliwą i nieopanowaną.

To tak jak w naukach zen: „depczemy dharmę”, czyli prawdę, drogę życia, prawość. Mamy ją ciągle daną w naszym umyśle (nie ulegajmy złudzeniu zachodniego, i tak nieprecyzyjnego oraz wieloznacznego pojęcia „umysł” bagatelizując zjawiska wewnętrzne!), w ciągu dnia i w nocy ciała subtelne – nasza ścieżka poza śmierć – ciągle działają, wręcz narzucają nam się, nie dają nam spokoju.

Dziś człowiek czuje się osaczony przez swoje myśli, kultura stymuluje jego życie psychiczne. To budzą się – zgodnie z moim własnym przekonaniem – ciała subtelne. Idziemy do psychoterapeuty, włączamy telewizję, kupujemy piwo by „wyłączyć” ten natłok wewnętrznych informacji, by zminimalizować wewnętrzne działanie zamiast wykorzystać fakt występowania mentalnych zjawisk po to, aby bardziej i dogłębniej zapanować nad swoim życiem.

Musimy wybrać: albo potraktujemy co, co się w nas dzieje poważnie, albo nie i utracimy szansę na głębsze samopoznanie.

W naukach bon istnieje praktyka otwierania centrów energetycznych, czyli czakr. Tych czakr w ciele energetycznym istnieje wiele. Najwyższym poziomem realizacji tej praktyki jest urzeczywistnienie pięciu mądrości.

Filozofia bonu, czyli „miłość mądrości” nie przejawia się w snuciu systemów myślowych ale w praktykach z czakrami.

Czakra gardła, umiejscowiona przy studzience pozwala zrealizować tzw. mądrość równości.

Czakra serca, ulokowana pośrodku klatki piersiowej odpowiada mądrości pustki (przestrzeni).

Czakra pępka, znajdująca się w pępku, pozwala uzewnętrzniać mądrość rozróżniającą.

Czakra międzybiodrowa (szerokość pięciu palców poniżej pępka) urzeczywistnia mądrość spełniającą.

Czakra w kroczu, skierowana do dołu, daje doświadczenie mądrości zwierciadlanej.

Człowiek nie musi „uczyć się etyki”; w nim samym znajdują się złoża doświadczenia moralnego, zaczyny cnót. Zewnętrzna praktyka zasad moralnych może pomóc w dotarciu do wnętrza, ale etyka bonu nie musi opierać się na teoriach.

W imię miłości wywoływano wojny – powiedział lama Tenzin Wangyal Rinpocze. Autentyczną miłość potrzeba rozpoznać w swojej naturze. Co nam po tym, jeśli jest jedynie pojęciem? Albo sentymentalną emocją? Taka miłość czyni nam krzywdę, prowadzi do samobójstw i tworzy nieszczęśliwe rodziny.

Ale istnieje alternatywa: doświadczenie samego siebie, swojej prawdziwej natury.

Czuję się zobowiązany do umieszczenia rozdziałów o bonie i innych moich doświadczeniach w tej książce, która ma stanowić wprowadzenie do antropognozy. Jak powtarzałem celem nie jest umacnianie żadnych przekonań, ale poruszanie tematu przez popperowską falsyfikację. Jedną z największych przeszkód na drodze do antropognozy jest sztywne, oschłe, dogmatyczne myślenie, pojmowanie rzeczywistości; wyobrażenia powołane do bytu na podstawie pozornie wyczerpujących teorii naukowych. Sen ten przybiera niekiedy formę koszmaru gdy podtrzymujemy owe poglądy w swojej głowie.

Otwarcie czakr prowadzi do manifestacji różnych zdolności paranormalnych. Nie są one celem, ale „ozdobą”. W jodze indyjskiej zdolności te nazywają się „sddhi”, czyli „mądrości”. Filozofia tybetańska i indyjska będąc miłością do mądrości z sympatią – w odróżnieniu od wielu zachodnich systemów, które bez żadnych racjonalnych podstaw odrzucają siddhi – podchodzi do tych zdolności.

Siddhi umożliwiają bowiem panowanie nad swoim życiem, dlatego są pożądane. Nie stanowią one nic w zasadzie więcej niż zdolności zmysłowe w ciałach subtelnych, ale odgrywają istotną rolę w procesie egzystencji; ciała subtelne muszą zostać zaktualizowane, w przeciwnym razie stają się źródłem cierpienia dla człowieka, podobnie jak zaniedbane ciało fizyczne.

Siddhi odróżniają mędrca od tego, kto jeszcze się dostatecznie nie urzeczywistnił.

Tekst ukazał się na TARACE http://www.taraka.pl/?id=o_tym_co_jest



Filozofia

Tagi: , ,



Zostaw Komentarz

(wymagane)

(wymagane)